Autor: Mariola Szczyrba

2016-02-19, Aktualizacja: 2016-03-29 13:26

Tacy sami jak my. Młodzi Polacy pomagają uchodźcom [ZDJĘCIA]

Teresa z Warszawy zrobiła to z bezsilności. Franek z Gdańska chciał pokazać swoją solidarność, a Ola z Łodzi postanowiła wziąć sprawy w swoje ręce. - Jałowe dyskusje polityków do niczego nie prowadzą, a tam codziennie umierają ludzie - mówią wolontariusze, którzy pomagali w obozach dla uchodźców na Lesbos oraz na granicy z Serbią.

Franek, student filozofii, przez dwa tygodnie pracował na Lesbos: - To nie było nic wielkiego. Zrobiłem po prostu to, co trzeba było zrobić.

Terka, absolwentka socjologii z Warszawy, pojechała do obozów na granicy z Serbią: - Każdy może podawać ludziom herbatę, to żadna sztuka - przekonuje.

Ola, studentka politologii w Londynie, spędziła miesiąc w obozie Moria na Lesbos: - Mam nadzieję, że świat w końcu dorośnie i naprawdę pomoże uchodźcom – mówi.

Według Organizacji Narodów Zjdnoczonych, od początku 2016 roku do Europy dotarło 80 tys. uchodźców i migrantów, podczas przeprawy przez wzburzone morze zginęło 400 osób.

© Aleksandra Wiśniewska

Na zdjęciu Oli Wiśniewskiej obóz Moria na wyspie Lesbos.

Ola: "Nie byłam na to przygotowana"

Obóz tranzytowy Moria na Lesbos skojarzył się Oli z Auschwitz. - Mur, strażnicy, drut kolczasty, baraki, ludzie leżący na ziemi... Tak wyobrażałam sobie obóz koncentracyjny, kiedy byłam dzieckiem – mówi 21-letnia studentka London School of Economics and Political Science.

Kiedyś mieściło się tu więzienie. Ola Wiśniewska wspólnie z innymi wolontariuszami miała przydzielać ludzi do trzech ogrzewanych baraków, jedynych takich w obozie. Szansę na miejsce miały tylko kobiety samotne, matki z dziećmi i chorzy. Problem w tym, że codziennie w nocy do obozu przybywało nawet tysiąc osób, a miejsc w barakach było tylko 250. Większość migrantów musiała zostać na zewnątrz, w grudniu, kiedy temperatura spadała poniżej 0 stopni Celsjusza. Spali na ziemi na tekturach i kamizelkach ratunkowych.

- W Nowy Rok w obozie zmarło z wyziębienia niemowlę. To był koszmar - opowiada wolontariuszka. - Obóz nadzorował ONZ, jakieś 30 osób, ale w nocy zostawaliśmy tam z uchodźcami sami. Brakowało jedzenia, ubrań, lekarstw. Najbardziej potrzebnych rzeczy.

© Aleksandra Wiśniewska

W obozie Moria.

© Aleksandra Wiśniewska

Na drucie kolczastym suszą się ubrania uchodźców.


Ciała wyrzucane na brzeg

Kilka lat temu Ola zrobiła kurs nurkowania. Przydał się na Lesbos. Nocą chodziła z innymi wolontariuszami na brzeg. Przepełnione ludźmi łodzie i pontony docierały do wyspy najczęściej między godz. 4. a 8. nad ranem. Wolontariusze pomagali im wydostać się na brzeg.

Pierwszą akcję Ola zapamięta do końca życia. Była noc, wysokie fale. Wolontariusze podpłynęli do zbliżającej się do brzegu łodzi, która niebezpiecznie się przechyliła. Jakaś kobieta zaczęła przeraźliwie krzyczeć, w panice rzuciła Oli na ręce kilkunastomiesięczną dziewczynkę. Dziecko było sine, nie oddychało.

- Kiedy wybiegłam z małą na brzeg, wpadłam w panikę. Nie wyczuwałam u niej pulsu. Nie wiedziałam, jak ją ratować, bałam się, że połamię jej żebra podczas reanimacji - opowiada wolontariuszka. Okryła dziewczynkę kocem, na szczęście po chwili dziecko zaczęło samodzielnie oddychać. Matka dziewczynki po wyjściu na brzeg z radości wycałowała Olę po twarzy i rękach. Jej łódź miała szczęście. Inna wywróciła się u wybrzeży Lesbos, zginęło 18 osób.

- Zdarzało się, że morze wyrzucało na brzeg ciała dzieci i dorosłych, sine, spuchnięte. Musieliśmy je obmywać, przykrywać kocami i czekać na przyjazd służb - opowiada Ola. - Nie byłam na to wszytko przygotowana.


Po pierwszej akcji zadzwoniła do ojca, ale nie była w stanie powiedzieć słowa. Przez kilkanaście minut histerycznie płakała.

© Aleksandra Wiśniewska

Na zdjęciu Ola w obozie dla uchodźców z uratowaną przez siebie dziewczynką.


© Aleksandra Wiśniewska

Już wszystko dobrze. Dziewczynka dotarła do obozu.

„Nie jestem terrorystą, nie jestem zły”

Ola spędziła na Lesbos miesiąc. Na jej zdjęciach obóz wygląda przygnębiająco. Wszędzie błoto, na drutach kolczastych suszą się ubrania, ludzie śpią pod gołym niebem na tekturach. Młody mężczyzna trzyma kawałek kartonu z napisem w języku angielskim: „Jestem obcokrajowcem/Marokańczykiem. Nie jestem terrorystą. Nie jestem zły. Chcę po prost znaleźć nadzieję. Nie znalazłem jej w swoim domu”.


© Aleksandra Wiśniewska



Ale były też dobre chwile. Wdzięczność uratowanych ludzi, uśmiechy dzieci puszczających bańki mydlane w obozie, wiatraki wiszące na drucie kolczastym.

Według Oli większość ludzi, których tu spotkała, uciekała przed wojną. - Z Syrii, Iraku, trochę z Palestyny i Afganistanu. Niektórzy przeszli przez obozy dla uchodźców w Turcji. Mówili, że byli tam taktowani jak bydło - opowiada Ola. - Dlatego ryzykowali życie, żeby dostać się na Lesbos, płacili przemytnikom majątek, tłoczyli się na przepełnionych łodziach, często w podrabianych kamizelkach ratunkowych.


© Aleksandra Wiśniewska

Ola Wiśniewska z uchodźcami.

Ola na długo zapamięta wigilijną noc 2015 r. Do obozu trafił pewien Irakijczyk z rodziną. Problem w tym, że do środka nie wpuszczali Marokańczyków, a jego żona pochodziła z tego kraju. Kobieta została aresztowana. Nie pomogły błagania męża i trójki zrozpaczonych dzieci. - Długo negocjowaliśmy z grecką policją, aż w końcu zgodzili się ją wypuścić - wspomina Ola. - Wigilia z dala od domu nie była wcale taka smutna.


© Aleksandra Wiśniewska

W obozie zdarzały się też radosne chwile.

Terka: "Nie czułam zagrożenia"

- W obozie dla uchodźców na granicy serbsko-macedońskiej dołączył do nas młody chłopak, Ahmad - opowiada Teresa Teleżyńska, wolontariuszka z Warszawy. - Był już po rejestracji i trochę nam pomagał. W pewnym momencie zapytał, czy może się u nas pomodlić. Odpowiedzieliśmy, że OK. Umył ręce i nogi, rozłożyliśmy dywan.
Ahmad zaczął muzułmańską modlitwę. Dołączyłam do niego. On modlił się do swojego Boga, ja do swojego, katolickiego. To było dla mnie mistyczne przeżycie, płakałam.

Po kilku tygodniach Ahmad napisał na Facebooku, że dotarł bezpiecznie do Niemiec. I zapalił dla wolontariuszy z Polski świeczkę w kościele katolickim.

© Dobrowolki

Na zdjęciu Teresa w sklepie kupuje jedzenie dla uchodźców.

Teresa Teleżyńska w październiku 2015 r. wspólnie z trójką znajomych założyła wydarzenie na Facebooku o nazwie Dobrowolki i zaczęła organizować pomoc dla uchodźców. Do dzisiaj udało się zebrać ponad 90 tys. zł, a z Dobrowolkami współpracuje już 70 osób z całej Polski. W październiku wolontariusze pierwszy raz pojechali do obozu dla uchodźców w Berkasovie na granicy serbsko-chorwackiej.

- Dlaczego to zrobiliśmy? Z poczucia bezsilności. To był wyraz naszego sprzeciwu wobec fali hejtu w stosunku do uchodźców, która przelała się przez Polskę. Czuliśmy, że tym ludziom trzeba pomóc - mówi Terka. - Poza tym to nie było trudne, mieliśmy akurat trochę wolnego czasu, napisaliśmy na Facebooku, że chcemy pomóc uchodźcom, że można się dorzucić...


© Dobrowolki

Przy granicy z Serbią. Punkt odjazdu autobusów do Chorwacji.

W kilka dni zebrali aż 18 tys. zł i mnóstwo darów. W sobotę Terka postanowiła, że pojedzie do obozu, w środę już była ze znajomymi w drodze. Na początku nawet nie wiedzieli, gdzie dokładnie jadą. Informacji szukali na facebookowych profilach organizacji z innych krajów. - Trzeba mieć w sobie luz. Wiele rzeczy odbywa się spontanicznie, bo sytuacja uchodźców na granicy szybko się zmienia - mówi wolontariuszka.

Tak trudno powiedzieć „nie”

Obóz w Berkasovie wyglądał na prowizorkę, kojarzył się Terce z rozkładanymi bajkami dla dzieci. Pole kukurydzy, droga, szpaler namiotów. "Pop up camp" - tak mówili o nim wolontariusze z Czech, których spotkali na miejscu. Dziennie przewijało się tu nawet 7 tys. uchodźców. Połowa pochodziła z Syrii, 25 proc. z Afganistanu, 15 proc. z Iraku – jak informowali Chorwaci. - Na początku czuliśmy się zagubieni, wyobrażaliśmy sobie, że na miejscu będą jacyś ważni urzędnicy, wielkie organizacje pozarządowe, a tu taka garstka żółtodziobów jak my musiała radzić sobie z wielotysięcznym tłumem zrozpaczonych, zmęczonych i zestresowanych ludzi - opowiada Terka.

Pracy było dużo. Wydawali ciepłą herbatę z cukrem, rozdawali batoniki, owoce, koce i ubrania. Najtrudniej było odmawiać. - Zrobiło się zimno, zostały mi tylko cztery pary butów do rozdania, a tu przychodzi do mnie gość w japonkach. Wiedziałam, że muszę powiedzieć "nie" - wspomina wolontariuszka.

© Dobrowolki

Uchodźcy czekają na wejście do obozu.

Po powrocie do domu, w listopadzie zorganizowali kolejną zbiórkę pieniędzy i kolejny wyjazd do obozu. Na spotkanie z Dobrowolkami w warszawskim Polinie przyszło 200 osób. Okazało się, że pomaganie jest zaraźliwe. Tym razem pojechali do Preševa, serbskiego, prowincjonalnego miasteczka na granicy z Macedonią. Właśnie skończył się strajk przewoźników promów, dziennie przebywało tu nawet 10 tys. uchodźców. Stłoczeni na wąskiej uliczce przez kilkanaście godzin czekali na wejście do obozu. Bez jedzenia, picia, miejsca do spania, lekarstw.

- Czasem wydawało mi się, że jestem w piekle. Wszędzie panował taki chaos - wspomina Terka. - Do pomocy byliśmy tylko my - wolontariusze i może ze trzy osoby z organizacji Lekarze Bez Granic.

Pracowali na zmianę w Preševie i oddalonym o osiem kilometrów Miratovcu. Nawiązali kontakt z miejscową organizacją pozarządową, która prowadziła punkt pomocy dla uchodźców. Wspólnie zorganizowali całodobowe dyżury. W Miratovcu znajdował się przystanek autobusu, opłacanego przez UNHCR (The UN Refugee Agency), który za darmo przewoził uchodźców do Preševa. Problem w tym, że musieli pokonać piechotą 4-kilometrową trasę ze stacji kolejowej, objuczeni bagażami. Autobus kursował tylko od godz. 8. do 22., więc w nocy podróż wydłużała się o kolejne 4 kilometry. Lokalne cwaniaczki szybko zwietrzyły interes. Za taksówkę trzeba było zapłacić krocie, o darmowym transporcie kierowcy nikomu nie wspominali.

Ludzie jak my

Co innego wolontariusze. Rozstawili przy drodze swoje stoisko i przekazywali ludziom informacje, również o bezpłatnych autobusach. Rozdawali wodę, jedzenie, ciepłe ubrania. Rozkładali koce przy drodze, żeby zmęczeni mogli się przespać.

Pewnego dnia jakaś kobieta z Syrii z dwójką dzieci usiadła na drodze i zaczęła rozpaczliwie płakać. - Nic nie mówiła, nic od nas nie chciała. Tylko rozpaczała i patrzyła na drogę. Było bardzo zimno, jakieś minus 5 stopni. Po pewnym czasie domyśliliśmy się, że kobieta czeka na męża - opowiada wolontariuszka. - Stwierdziliśmy, że musi jechać do obozu, bo to się może źle skończyć.

Skłamali, że jej mąż już tam jest. Kobieta bała się jechać sama, mówiła tylko po arabsku. Ktoś z wolontariuszy pojechał z nią do obozu. - Umieściliśmy też na Facebooku zdjęcie kobiety z informacją, że szuka swojego męża. I faktycznie, okazało się, że mężczyzna zgłosił się w obozie do UNICEF-u. Rodzina szczęśliwie się odnalazła - dodaje Terka. - Takich przypadków było wiele.

Kto przyjeżdżał do obozu? - Przekrój był bardzo duży. Według danych chorwackiego rządu, 50 proc. stanowili mężczyźni, 25 proc. kobiety i 25 proc. dzieci. To byli ludzie tacy jak my - mówi Terka. - Ale spotykaliśmy tam też profesorów, prezenterów telewizyjnych, wysokich rangą urzędników... Z niektórymi żartowaliśmy, rozmawialiśmy o filmach Felliniego i polityce. Pewien student prawa opowiadał nam na przykład, że musiał uciekać z Damaszku po zbombardowaniu jego uniwersytetu. Czy jest w tym coś złego, że ucieka przed wojną i chce skończyć studia w Londynie? - pyta wolontariuszka. I dodaje:
- Nigdy nie czułam się zagrożona ze strony tych ludzi. Często byli rozgoryczeni, smutni, zdenerwowani, ale jednocześnie bardzo wdzięczni za naszą pomoc.



© Aleksandra Wiśniewska

Obóz Moria na Lesbos.

Franek: "Oni nie są sami"

20-letni Franek Wojciechowicz, student filozofii na Uniwersytecie Gdańskim, też chciał pomóc uchodźcom. W grudniu 2015 r. z grupą znajomych z Facebooka pojechał na Lesbos. Była ich piątka, jedna osoba z Warszawy, jedna z Poznania, dwie z Bydgoszczy i on. - Chcieliśmy pokazać tym ludziom, że nie są sami, że się z nimi solidaryzujemy - mówi.

Do samochodu zapakowali sprzęt kuchenny, palniki, kotły. Na wyspie namioty rozbili na plaży. - Do Macedonii wpuszczano tylko Syryjczyków, Irakijczyków i Afgańczyków, reszta, czyli osoby z Afryki Północnej były zazwyczaj wywożone do Aten, a stamtąd deportowane - opowiada Franek. - Taka segregacja ludzi była dla nas szokiem. Niektórzy nie mieli prawa do rejestracji w oficjalnym obozie, nie wiedzieli, co się z nimi stanie. Byli przerażeni. Dlatego część z nich dołączyła do naszego, nieformalnego obozu na plaży - dodaje.



U wybrzeży Lesbos.

Zaczęło się od kilkunastu osób, a skończyło na przeszło 5oo. Wolontariusze gotowali dla wszystkich trzy posiłki dziennie. Jedzenie dostawali od mieszkańców Lesbos albo kupowali na miejscu. Rozdawali śpiwory, namioty i koce. Pomagali też ludziom, którzy przypływali codziennie na Lesbos wypełnionymi po brzegi pontonami. Wielu z nich było wycieńczonych długą podróżą, wyziębionych. Wolontariusze podawali im koce ratunkowe i gorącą herbatę z cukrem. - Jak oni się cieszyli, że przeżyli! - wspomina Franek. - Pamiętam np. 8-letniego chłopca, który wyskoczył z pontonu i od razu zaczął wszystko nagrywać komórką. Cieszył się, jakby zobaczył raj.

Ale zdarzały się też przykre momenty, ktoś wypadł z łodzi, ktoś inny stracił przytomność z wyczerpania. - Słyszeliśmy opowieści, że po drugiej strony wyspy jakiś człowiek dostał zapaści i zmarł - opowiada wolontariusz. - Ja miałem szczęście, zapamiętam z Lesbos głównie te radosne momenty.



Lesbos.

Jestem w Matriksie

Po powrocie do Londynu do Oli Wiśniewskiej odezwało się wiele osób, które też chcą pomagać uchodźcom. WOPR-owcy z Polski, ludzie z uprawnieniami nurkowymi, studenci... Pytają, jak naprawdę wygląda obóz na Lesbos.

Ola chce zapamiętać stamtąd głównie dobre rzeczy. Uśmiech uratowanej dziewczynki, studentów z Iraku, którzy bezpiecznie dotarli do Niemiec... Niestety, wciąż śnią jej się koszmary i ciała unoszące się na wodzie. - Po powrocie do Londynu czuję się jak w Matriksie. Wzięłam tabletkę i jestem bezpieczna. Ale wiem, że na Lesbos codziennie giną ludzie - mówi. I dodaje: - Zdaję sobie sprawę, że teraz niewiele mogę zrobić. Jestem tylko studentką, wolontariuszką. Mam jednak nadzieję, że w przyszłości to się zmieni. To jest mój cel.


© Aleksandra Wiśniewska

Ola Wiśniewska z uchodźcami w obozie na Lesbos.

Po powrocie do Warszawy Terka organizuje z Dobrowolkami kolejne wyjazdy wolontariuszy do obozów dla uchodźców. W swoim reportażu z obozu dla uchodźców w magazynie "Kontakt" napisała: „Choć o kryzysie humanitarnym mówi się coraz głośniej. Choć sytuacja nieco się poprawia, a Unia Europejska podejmuje skromne działania, to mi cały czas dźwięczą w uszach słowa kierownika budowy z Iraku, Alego: "This is not human".

Mariola Szczyrba, dziennikarka portalu naszemiasto.pl
Zdjęcie główne: AP Photo/Santi Palacios

Na zdjęciach poniżej obóz Moria na Lesbos.
© Aleksandra Wiśniewska


Mamy poważny kryzys. Od początku roku do Europy przybyło 80 tys. migrantów, w tym 58 proc. stanowiły kobiety i dzieci. Głównie z Syrii, Afganistanu i Iraku, jak podaje ONZ.

© Aleksandra Wiśniewska


Mniej więcej dwa tysiące osób dziennie docierało od początku roku do Europy mimo wzburzonego morza i zimowej pogody, często ryzykując życie - podaje UNHCR.


© Ola Wiśniewska


W ubiegłym roku do Europy dotarło ponad 1,1 mln migrantów i uchodźców.

© Ola Wiśniewska